MEDYTACJA II

+
JMJ
F

ŁASKA POWOŁANIA

To życie zakonne było marzeniem moich lat najmłodszych. Wprawdzie były chwile, żem odbiegała od tego pragnienia, ale to chyba tylko pozornie, bo ono w sercu musiało być nieustające. To życie wydawało mi się tak święte, tak doskonałe! Pragnęłam go dlatego, abym Boga mogła doskonalej kochać, gorliwiej Mu służyć, łatwiej duszę swoją zbawić. Prędzej aniżeli mogłam się spodziewać, Bóg spełnił moje pragnienia i dziś już jestem służebnicą Jego.


Dlaczegóż nie znajduję tego szczęścia, które sobie wyobrażałam? Dlatego zapewno, że nie żyję, według swego powołania, że tylko suknia oznacza zakonnicę, a życie, myśli, sposób służenia Bogu – gorszy jak świecki, bo przecież żyjąc na świecie daleko gorliwiej Bogu służyłam.

Skąd to pochodzi, nie wiem. Czyż miałoby to być skutkiem braku powołania? Wprawdzie nie doznaję podobnych pokus, ale to mię może nie powinno uspokajać. Może dlatego nie doznaję podobnych pokus, że za mało przejmuję się ważnością tego stanu, za mało oceniam tę łaskę powołania. Nigdy się nad nią nie zastanawiam. Nigdy za nią nie dziękuję. Wdzięczności nawet nie czuję, nie uważam, żeby Pan Bóg co dla mnie wielkiego uczynił, jakby to mi się z prawa należało. Może zostaję w tym życiu z lenistwa, że mi tak dobrze, wygodniej. A może ze względów ludzkich, żeby mi wstyd było wrócić na świat? Doprawdy, ja sama siebie nie rozumiem, nie pojmuję.

Och! Jak to ciężko żyć w takiej niepewności, samej nie wiedzieć, czego się trzymać. Jeżelim nie powołana, to nie wytrwam do końca. To także bardzo pomaga do znoszenia tych wszystkich ucisków, których doznaję. Ja nie pojmuję, dlaczego ja wdzięczności ku Bogu nie czuję za tak wielkie dobrodziejstwo, chyba dlatego że niewdzięczność jest moją główną wadą tak względem Boga, jak i względem ludzi. Zdaje się, że we mnie serca nie ma, tak jestem obojętną dla wszystkich i na wszystko co tylko do mnie się nie ściąga.

Aż boleść przejmuje, gdy sobie przypominam, jak ja byłam dawniej gorąca w służbie Bożej. Każde wystawienie N. Sakramentu, Uroczystość Bożego Ciała była dla mnie źródłem szczęścia i radości. Jak ja się na nie już naprzód cieszyłam, z jaką niecierpliwością tych dni wyglądałam! Dziwiłam się i pojąć nie mogłam, jak ludzie mogą wychodzić z kościoła, gdy Bóg jest na ołtarzu. A dziś, w czasie wystawienia N. Sakramentu, w czasie Mszy św. śpię, bo mi się klęczyć prosto nie chce. Godziny adoracji wytrzymać nie mogę, jednego westchnienia, jednego wyrazu nie jestem w stanie wymówić. Jeszcze do tego pomaga mi usposobienie fizyczne, bo zdaje mi się, że się spalę, tak mię gorączka wewnętrzna pali i uciekam z chóru kończąc na tym, że dla mnie nie ma ratunku. I proszę Boga, aby się nade mną ulitował, aby mi zesłał chorobę, że może cierpienia ciała osłabią cierpienie duszy.

Nie mam teraz już nawet wiary ani w modlitwy drugich, ani nawet w ofiarę Mszy św. Wszystko to zdaje się bezskuteczne dla mnie. Owszem, zdaje się, że im więcej się za mnie modlą, tym więcej cierpię. Ach, Panie, jeżeli taka jest Wola Twoja, abym coraz więcej cierpiała, dlaczego mi nie dajesz siły i zamiłowania cierpienia?