List okólny do Sióstr po kasacie Zgromadzenia w 1864 roku

 [Łowicz, około 25 XII 1864]

Zawsze się weselcie, bezustannie módlcie się, za wszystko dziękujcie, bo taka jest ku Wam wszystkim Wola Pana naszego Jezusa Chrystusa.

Moje Siostry Najmilsze, moje najdroższe dzieci w Sercu Jezusa i Maryi, do Was wszystkich tęskniące za Wami serce moje w tych słowach dziś się odzywa, bo zawsze przy tych wielkich Świętach z jednymi osobiście, z drugimi w duchu i choć listownie zwyczajna byłam dzielić się tym weselem, jakie napełniać nas powinno przy tak wielkiej uroczystości przyjścia na świat Oblubieńca naszego.

O moje najmilsze, czymże się w tym roku podzielę, kiedy tak smutno w duszy mojej? Dzieciątko Jezus przyniosło nam w przebłogosławionych rączkach swoich krzyż bardzo ciężki, boleść nad wszelkie boleści i łzy, i wygnanie i sieroctwo duchowne. Jakże przyjmiemy taką ciernistą i raniącą gwiazdkę od Pana naszego? Czy wzgardzimy tym podarkiem, czy go mamy odrzucić i powiedzieć, że nie chcemy tego? O moje najmilsze, jeżeli prawdziwie sługi i Oblubienice Jezusa jesteśmy, nie wolno nam tak niewdzięcznie doświadczeń Pańskich przyjmować.

Trwałyśmy przy Umiłowanym serc naszych, kiedy nas pieścił, kiedy nas tulił pod jednym z sobą dachem, kiedy nas karmił Słowem Swoim, kiedy nas odziewał sukienką zakonną, tym strojem Oblubienicy. Trwałyśmy przy Nim i słodko nam było chwałę Jego śpiewać i łatwo składać u nóg Jego przyrzeczenia, że Mu zawsze wierne będziemy, żeśmy gotowe dla Niego wszystko cierpieć, że nas od Niego nic nie odłączy. A teraz, kiedy On dopuścił, żeśmy z domu Jego wygnane, kiedy pieszczoty zamienił na krzyż twardy, kiedy nas w łaknieniu duchownym, w oschłości i nędzy zostawia, kiedy nam nie wolno jawnie nosić świętej sukienki Oblubienic Bożych, czy teraz miałybyśmy opuszczać Tego, który nam okazał, że nas kocha tak bardzo? Czy miałybyśmy szemrać przeciwko Niemu i zrywać przyrzeczenie nasze i krzyż odrzucać, i tracić ufność w dobroć Bożą i poddawać się zwątpieniu?

O, to niepodobna, to właśnie byłoby stokroć boleśniejsze i daleko niebezpieczniejsze od tego, co nas spotkało. To jedno nie tylko przed ludźmi, ale przed Niebem całym jawnie by okazało, żeśmy nie Oblubienice Jezusa, ale najemnice podłe i nikczemne, które tylko zapłaty, tylko zadowolenia siebie szukają, ale nie mają ducha Bożego, nie mają czystej miłości Bożej, która się nigdy niczym nie zraża, która jest od śmierci mocniejsza.

O moje najmilsze, Wy mnie tak bardzo nie zasmucicie, nie będziecie przydawać nowych ran do rany tak bolesnej, nie okażecie się niewdzięczne i niewierne Panu, bo wierzcie mi, że chociaż ja teraz bardzo ciężkim krzyżem dotknięta jestem, chociaż podobnie jak matka Machabejczyków, o której mówią, że siedem razy była męczennicą, ja bym powiedzieć mogła, że sto kilkadziesiąt razy jestem wygnanką ukrzyżowaną, jednakże bez porównania więcej byłabym zdręczona i zbolała, gdyby mię doszła wiadomość, że się sprzeniewierzacie Panu, że z rąk Jego niechętnie i niewdzięcznie krzyż doświadczenia przyjmujecie.

Więc, moje najmilsze, weselcie się w Panu, że Was uznał godnymi cierpień i prześladowania. Dziękujcie Mu pokornie za tę łaskę. Nie przestawajcie chwalić Go w sercach Waszych. A jeżeli Wam nie wolno żyć jawnie jak felicjanki, żyjcie tak jak prawdziwe sługi Jezusa, jak córki Maryi Najświętszej, a ukrywając sukienkę zakonną obleczcie się w szatę pobożności, pokory, cichości, niewinności wielkiej, bo tej sukienki nikt Wam nosić nie wzbroni, bo w nią obleczone roznosić będziecie wonność Chrystusową po świecie całym i będzie świecić światłość Wasza przed ludźmi, aby chwalili Ojca Waszego, który jest [w niebie].

O moje najmilsze, wszystko nam odebrano, ale P. Jezusa posiadamy. Zawsze więc się w Nim weselmy, za Niego dziękujmy, do Niego módlmy się bezustannie, a błogosławieństwo Jezusa i Maryi Najświętszej niech nas nigdy nie opuszcza, niech nas wiecznie łączy razem.

Może niejedna powie albo sobie pomyśli: łatwo zachęcać do zaparcia, kiedy się jest w zaciszu klasztornym[1], ale wierzajcie mi, że cisza zewnętrzna nie uspokaja burzy wewnętrznej; wierzajcie mi, że i mnie nielekko, że i mnie uciska boleść, że mi tak wszędzie tęskno i smutno, że dzisiaj nawet jaśniejszy blask słońca [mnie razi]. Gdybym była z Wami, to by mi było lżej – ale tak zawsze się czuję wygnanką. Módlcie się za mną abym nie była wygnanką z Niebios, abyśmy się tam wszystkie znalazły, aby żadnej z nas nie brakowało.

Żegnam Was, moje najmilsze,
składam Was w Sercu Jezusa i Maryi,
módlcie się za nędzną i niegodną
Matkę Waszą

Z treści listu wynika, że był pisany w Łowiczu z okazji Świąt Bożego Narodzenia, bezpośrednio po kasacie Zgromadzenia.

[1]    Matka M. Angela po rozmieszczeniu sióstr drugochórowych, objętych kasatą, z polecenia o. Honorata wyjechała do Łowicza dnia 23 XII 1864 r., gdzie w klasztorze sióstr bernardynek od kilku dni przebywały Felicjanki klauzurowe. Zob. Historia Zgromadzenia t. 1 rozdział 25 i 26.