MEDYTACJE – Wprowadzenie i wstęp

Medytacje - Wprowadzenie

WPROWADZENIE

Pośród licznych, różnego rodzaju pism i zapisków, jakie pozostawiła po sobie Maria Angela Truszkowska (1825-1899), znajdują się także jej Medytacje. Powstały one według dokładnych ustaleń w 1861 r. Maria Angela miała więc wtedy 36 lat, a Zgromadzenie przez nią założone i kierowane było w stadium intensywnego formowania się. Rękopis obejmuje wstęp i 12 medytacji po kilka stron każda.


Medytcje są zbiorem przede wszystkim osobistych przemyśleń w czasie odprawianych rekolekcji. Niemniej posiadają wielką wartość dla wszystkich ze względu na treść rozważań, poruszanych tematów, pewnych stwierdzeń w odniesieniu do ideału życia zakonnego oraz różnych wskazań w aspekcie życia wewnętrznego.

Medytacje są pewnego rodzaju autobiografią. Maria Angela, odprawiając rekolekcje w oparciu o konkretne tematy, przeżywa je po swojemu. Pisze coś w rodzaju obszernego i wnikliwego rachunku sumienia, który jest przeplatany jej wzniosłymi pragnieniami, wzlotami i niepokojami miłości oraz wyrzutami jej delikatnego sumienia.

Znamienny jest dobór rozważanych tematów. Nie jest wiadome czy matka Maria Angela sama je sobie wybrała, czy zostały jej podane przez spowiednika, czy też snuła swe refleksje w oparciu o głoszone konferencje lub w oparciu o jakąś książkę. Jedno jest pewne – swe rekolekcje i podjęte tematy przeżywała dogłębnie. Medytacje rozpoczyna od słów: Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił. Są one wyrazem bolesnego szukania Boga oraz złączonych z tym niepokojów, które towarzyszyły jej niemal przez całe życie. Następnie analizuje swe pragnienie życia zakonnego od dzieciństwa. Zastanawia się nad tym, czy Bóg jest jedynym przedmiotem jej pragnień, czynów, postępowania; roztrząsa, w jakim stopniu odpowiada łasce powołania, by dłużej zastanowić się nad potrzebą doskonałego nawrócenia się do Boga oraz gorliwością w służbie Bożej. W końcu rozważa rady ewangeliczne oraz miłość wzajemną i pokorę.

W tych swoich wnikliwych medytacjach jest cała Maria Angela Truszkowska znana z listów i sprawozdań duchownych. W Medytacjach uwidacznia się jej przeogromna gorliwość, pragnienie miłości oraz pełne niepokoju przeżywanie udręki słabości. Przebija przez nie głęboki autentyzm życia ludzkiego. Medytacje bowiem ukazują jej olbrzymie zaangażowanie w miłość Bożą realizowaną w zakonie. Właśnie przy takim zaangażowaniu i w miarę jego wzrostu człowiek przeżywa udręczenie swej słabości i bolesny niepokój o swą miłość. Nie przeżywa tego tylko ten, kto nie jest zaangażowany i nie przeżywa tego w ten sposób, kto nie jest w podobny sposób zaangażowany.

Jakkolwiek Medytacje są przede wszystkim osobistymi refleksjami, to jednak z powodu swej głębi i autentyczności dla każdego mogą stać się pożyteczne, dając jakby możność przeglądnięcia się w nich, możność konfrontacji swego życia wewnętrznego. Wydaje się, że każdy z wielkim pożytkiem mógłby w oparciu o nie odprawić swoje własne rekolekcje.

O. Dominik Wider
karm. bosy

Kraków, 16 maja 1980 r.

 

Medytacje - Wstęp

WSTĘP

+
JMJ
F

[Boże mój], Boże mój! Czemużeś mię opuścił? Ach Panie, Ty będąc Bogiem zniosłeś w milczeniu najsroższe męki i boleści, a to opuszczenie wewnętrzne wyrwało z Twoich piersi tę bolesną skargę. Czyż tym samym nie upoważniłeś nas niejako do użalania się, gdy na nas podobny stan dopuścisz? Cóż więc dziwnego, o Panie mój, czyż Cię to obrażać może, że się uskarżam na to opuszczenie, w którym nie trzy godziny, ale tyle lat mię trzymasz, a wiesz dobrze, jak jedna chwila ciężka bez Ciebie, jak boleśna nieobecność Twoja, a ja już od tak dawna jestem tej obecności pozbawiona.

Szukam Cię, Panie, wszędzie: w modlitwie, w medytacji, w nawiedzaniu Najświętszego Sakramentu, w Komunii św., w obowiązkach dla Ciebie spełnianych, na koniec w sercu moim i nigdzie Cię znaleźć, nigdzie głosu Twego usłyszeć nie mogę.

Wołam do Ciebie i proszę, abyś mi się choć na chwilę okazał i pytam, czego ode mnie wymagasz, i żadnej nie odbieram odpowiedzi, żadnego natchnienia, żadnego światła, owszem, zdaje się, że coraz większa mię ciemność otacza. Cóż więc dziwnego, że boleść czuję, że mię rozpacz i zwątpienie ogarnia, że tak mi ciężkie to życie się wydaje.
Ty wiesz, o Panie, bo Ty czytasz w sercu moim, że mi się Twoja służba nie przykrzy, że za żadne skarby i uciechy tego świata porzucić bym jej nie chciała, że taka pokusa nawet nigdy mi się nie nasuwa, że niczego nie żałuję, com dla Ciebie opuściła, chyba tylko tego, żem Ci nie miała co więcej złożyć na ofiarę. Praca mi się nie przykrzy, bo nie tylko takowej nie uważam za zbyteczną, ale owszem, sumienie mi ciągle wyrzuca, że nic nie robię, że w życiu moim jest tyle czczości, że gdybyś mię teraz powołał przed sąd Twój, z próżnymi musiałabym stanąć rekami, bo nie mogłabym Ci nic takiego pokazać, co by było zasługujące w oczach Twoich.

Pomimo że ludzie unoszą się i podziwiają moje poświęcenie i pracę, to mię jednak nie tylko nie podnosi w pychę, ale owszem, większy niepokój obudza w duszy, że inną jestem w oczach Twoich a inną w oczach ludzi i przekonana jestem, że nie tylko za wiele, nie tylko dosyć dla Ciebie nie robię, ale nawet tyle, wiele mi słabość moja pozwala i to właśnie przekonanie jest powodem ciągłego mego udręczenia, ta ciągła sprzeczność w pojęciu dobrego a w [jego] wykonaniu jest nadzwyczaj dla mnie męcząca.

Ty wiesz, o Panie, że nie ciężar Twego jarzma przykrzy mi się, ale to, że go tak leniwie dźwigam, że Ci tak źle, tak niedbale służę, że się na żadną ofiarę, na najmniejsze nawet dobre postanowienie zdobyć nie mogę, że nie mam doskonałej nienawiści samej siebie. Nie mam wytrwałości i jednostajności w pełnieniu moich obowiązków, że najmniejsza przeciwność doprowadza mię do opuszczenia ćwiczeń duchownych, modlitwy, do zaniedbania swoich powinności, że Krzyż i boleść zamiast mię więcej zbliżać do Boga, oddala mnie od Niego, że zamiast się ukorzyć – buntuję się przeciwko Bogu, wpadam w jakiś stan zwierzęcości.

Wszystko, rzeczy nawet najświętsze, są mi nie tylko obojętne, ale czuję lekceważenie. Nie czuję nie tylko żadnego uczucia miłości Bożej, ale nawet żadnego pragnienia. Gdy gotując się do Komunii św. znalazłam w książce uczucia miłości ku Bogu, nie chciałam czytać, bo mi się wydawało kłamstwem wymawiać usty to, czego serce nie czuje. Zdaje mi się, że mi już nic nie pomoże, że abym wyszła z tego stanu moralnego odrętwienia, trzeba mi jakiegoś gwałtownego wstrząśnienia i dlatego też ciągle pragnę i proszę Pana Boga, aby mię ciężką złożył chorobą.

Inni wchodzą na rekolekcje z tą nadzieją, że się zastanowiwszy nad sobą, obmyśliwszy środki stosowne, będą się mogli poprawić, dla mnie ta nadzieja znikła. Po co robić postanowienia, których się nie dotrzyma? Weszłam na rekolekcje, aby się usunąć od ludzi, aby nikt mnie nie widział, ani ja nikogo, aby być choć kilka dni sama, bo teraz do samotności szczególniejszy mam pociąg, nie z naturalnego usposobienia, ale ze zniechęcenia i lenistwa.