Ojczyzna jest matką…

Ojczyzna jest naszą matką ziemską. Polska jest matką szczególną. Niełatwe są jej dzieje, zwłaszcza na przestrzeni ostatnich stuleci. Jest matką, która wiele przecierpiała i wciąż na nowo cierpi. Dlatego też ma prawo do miłości szczególnej. Prawda ta, głoszona z mocą przez jednego z największych synów polskiej ziemi – św. Jana Pawła II, znalazła odzwierciedlenie również w życiu bł. Marii Angeli Truszkowskiej i założonego przez nią Zgromadzenia. Chociaż powielane w wielu dotychczasowych publikacjach twierdzenie, że Założycielka felicjanek pochodziła z pobożnej i patriotycznej rodziny, w świetle najnowszych badań historycznych jest już tylko legendarnym wątkiem jej biografii, to nie ulega wątpliwości, że od lat najmłodszych miała ona możliwość uczenia się miłości do Ojczyzny na najlepszych wzorcach.

Trudno stwierdzić, czy domu rodzinnym poruszano w rozmowach tematy związane z dziejami Polski. Józef Truszkowski, ojciec Matki Angeli, był bowiem lojalnym poddanym aktualnie panującej władzy rosyjskiej i nie angażował się w żadne patriotyczne inicjatywy społeczno – polityczne. Jako rzetelny urzędnik sądowy, na początku lat pięćdziesiątych XIX w. za swoją służbę został odznaczony rosyjskim orderem św. Anny i otrzymał tytuł Asesora Kolegialnego, co w oficjalnej hierarchii odpowiadało stopniowi majora w wojsku rosyjskim. Natomiast pod koniec tego dziesięciolecia nadano mu tytuł Radcy Dworu, odpowiadający wojskowej randze podpułkownika. Otrzymał też wówczas order św. Stanisława 3 klasy, historycznie polskie odznaczenie, które jednak w 1831 r., po upadku Powstania Listopadowego, stało się odznaczeniem Imperium Rosyjskiego. Poza tym, losy jego trzech synów, dla których był niewątpliwie autorytetem, nie wskazują na ich zbyt silne związki ze zniewoloną Ojczyzną. Najstarszy Józef, wyemigrował do Utrechtu w Holandii i ślad po nim zaginął. Średni Władysław był urzędnikiem w Moskwie, gdzie założył rodzinę, żeniąc się z Rosjanką. Dopiero na krótko przed śmiercią powrócił do kraju i osiadł w Malczewie pod Radomiem, w majątku najmłodszej siostry Jadwigi i jej męża Franciszka Kuźnickiego. Natomiast najmłodszy, Bronisław był huzarem w wojsku rosyjskim, co niestety nie stanowiło wówczas powodu do dumy dla żadnej polskiej i patriotycznej rodziny. O ile bowiem służba Polaków w regularnym wojsku rosyjskim nie budziła kontrowersji, o tyle przynależność do elitarnej husarii rosyjskiej nie stawiała ich w najlepszym świetle.

Skąd więc wzięła się ta miłość do Polski u bł. Marii Angeli? Dużą rolę odegrał w tym przypadku niewątpliwie jej nauczyciel, Stanisław Jachowicz, który podczas nauki na pensji Laury Brzezińskiej – Guerin, wprowadzał ją w świat polskiej literatury i historii – przedmiotów zakazanych w ówczesnej edukacji, ale wykładanych w prywatnych placówkach, które posiadały cztery klasy jawne i piątą tajną. Zastanawiające jest, że Matka Angela na taką właśnie pensję trafiła. Czy była to kwestia renomy, jaką posiadała ta placówka edukacyjna, niewiedzy pana Truszkowskiego, jaki miała ona charakter, a może świadomego przerzucenia na szkołę obowiązków w przekazie narodowej tradycji? Odpowiedź na to pytanie może pozostać jedynie domysłem. Faktem jednak jest, że kierunku wskazanego przez Jachowicza, a może także innych nauczycieli z tej placówki, mimo przerwania nauki na pensji, bł. Maria Angela nie porzuciła. Najlepszą zaś szkołą patriotyzmu stała się dla niej ojcowska biblioteka, gdzie nie brakowało odpowiednich wzorców w literaturze, którą pan Truszkowski zgromadził i ukrył za zamkniętymi drzwiami, jak – być  może – skrywany w sercu sentyment do wspomnień o dawnej wielkości Ojczyzny. Nie wykluczone, że wiedziony tym właśnie sentymentem, w drodze powrotnej z uzdrowiska w Salzbrunn, zawiózł on swą najstarszą córkę do Krakowa – skarbnicy narodowych dziejów. Wewnętrzne przeżycie, jakiego doznała wówczas Matka Angela, zostawiło w niej tak trwały ślad, że krótko przed śmiercią z głębokim wzruszeniem wspominała to wydarzenie: …zatrzymaliśmy się dłużej w Krakowie – zwiedzaliśmy. Wszystko mnie porywało, czułam, że jestem Polką, tak mi drogie były te pamiątki  narodowe i taką miłość poczułam do tego miasta, żem myślała, ach żebym ja tu mogła być i to już zostało we mnie…

To przywiązanie do narodu, wprawdzie upokorzonego zaborami, ale wielkiego swoją historią i kulturą, potrafiła bł. Maria Angela przekazać swym duchowym spadkobierczyniom. Świadectwem tego jest chociażby rola Matki Bożej Częstochowskiej z Jasnogórskiego narodowego sanktuarium, w dziejach Zgromadzenia. Przed Jej obrazem dnia 21 listopada 1855r. dokonał się akt założycielski Zgromadzenia. Ona jako Fundatorka, Matka i Pani nowej rodziny zakonnej, była świadkiem wszystkich ważnych wydarzeń w życiu pierwszych felicjanek, w Jej ręce też Założycielka, w ostatnich godzinach swego życia, złożyła losy swoich sióstr, które od początku istnienia Zgromadzenia splatały się z losami Ojczyzny. Dlatego felicjanki, choć wyrosłe na zniewolonej ziemi polskiej, zawsze odznaczały się patriotyzmem, który, jak pisał św. Jan Paweł II w publikacji Pamięć i tożsamość: oznacza umiłowanie tego, co ojczyste: umiłowanie historii, tradycji, języka, czy samego krajobrazu ojczystego. Miłością do tych wartości naznaczona była cała społeczna działalność sióstr, które wywodziły się w większości z wyższych, a więc bardziej świadomych, warstw społeczeństwa. Zapewniając schronienie i przygotowując do zawodu osierocone dziewczęta, felicjanki ratowały je od zejścia na drogę żebractwa, czy niemoralnego prowadzenia, co przyczyniało się do umniejszenia skali demoralizacji narodu. Zniżając się do posługi w wiejskich ochronach, gdzie nauczały po polsku czytania, pisania, rachunków i katechizmu, nie tylko dzieci i młodzież, ale także dorosłych, wypowiedziały walkę analfabetyzmowi, który zbierał obfite żniwo w dziewiętnastowiecznym społeczeństwie polskim. Szczególnie zaś szerzył się on w celowo rozpijanej przez zaborcę społeczności wiejskiej. Utwierdzając grekokatolików na terenach Podlasia i Lubelszczyzny w wierze katolickiej, podtrzymywały w nich tożsamość narodową, gdyż dla rosyjskiego zaborcy deklarowana przez unitów przynależność do katolicyzmu była jednocześnie deklaracją polskości.

Ponadto, pracując nad szeroko rozumianą oświatą ludu wiejskiego, Zgromadzenie Sióstr Felicjanek stawało się pomostem, łączącym wieś z dworem, łagodziło konflikty między ziemiaństwem, a włościanami i utrudniało władzy zaborczej wzajemne antagonizowanie tych dwóch grup społecznych. Miało to ogromne znaczenie zwłaszcza podczas zrywu niepodległościowego w 1863 r., kiedy to chłop, przynajmniej na terenach, gdzie pracowały felicjanki, stawał razem ze swym panem w szeregu powstańców, aby ramię w ramię toczyć nierówną walkę w imię wyzwolenia Ojczyzny.

Nie można też zapominać, że felicjanki odegrały niebagatelną rolę w samym Powstaniu Styczniowym, gdyż nie tylko wiejskie ochrony, w których pracowały, zamieniły na powstańcze szpitale, ale podzieliły swoje siły personalne tak, aby móc służyć także w innych dwudziestu pięciu lazaretach powstańczych. W samej tylko Warszawie, sterroryzowanej przez piętnastotysięczną armię rosyjską, siostry pod okiem Założycielki, urządziły szpital w domu głównym przy ul. Daniłłowiczowskiej dla czterdziestu rannych żołnierzy, zwożonych do Stolicy z pól bitewnych. Nie mogło być inaczej, wszak szeregi felicjańskich pionierek tworzyły młode kobiety i dziewczęta wywodzące się w większości z polskich rodzin ziemiańskich i inteligenckich, a nie brakowało wśród nich także osób z pierwszych rodzin Królestwa Polskiego, takich jak Sołtykowie, Suscy, czy Kraszewscy.

Jeszcze przed wybuchem powstania, Matka Angela, przebywająca w warszawskiej klauzurze, skąd kierowała Zgromadzeniem, donosiła Ojcu Honoratowi Koźmińskiemu w liście z 10 marca 1861 r. o wyjeździe sióstr na nabożeństwo za poległych w Stolicy podczas manifestacji patriotycznych: Mój Ojcze! Trzy nasze siostry: Elżbieta, Modesta i Kolumba po 16-tej wyjechały do Częstochowy. Bilety dostały bezpłatnie tam i z powrotem. Robiono trochę trudności, ale gdy się urzędnik dowiedział w jakim celu jadą, dał bilety i prosił, aby się za niego pomodliły. Natomiast Matka M. Magdalena Borowska, córka powstańca listopadowego, rotmistrza Adama Borowskiego, w związku z tymi samymi wydarzeniami, pisała do swojego kierownika duchowego: Nie mam już wiele czasu do pisania, muszę więc wybierać co pilniejsze, dlatego też zapytam tylko najmilszego Ojca, jak mi każe zachować się w obecnym stanie rzeczy – serce bowiem prawdziwie polskie i krew Sarmatów w żyłach moich płynąca, nie mogą być zawsze roztropnością prowadzone. O siebie mi nie chodzi, bo najszczęśliwsza bym była, żeby cierpieć, a nawet umrzeć dla współrodaków, dla Ojczyzny – ale boję się żeby nie narazić zgromadzenia – i tak już sobie postąpiłam parę razy samowolnie, chociaż to nie było nic gorszącego, na przykład przybrałam w żałobę kościół na nabożeństwo za poległych braci naszych, ale cóż miałam zrobić, kiedy serce tego żądało – przecież nie można być obojętną na zniewagę świętej religii i mord współrodaków. […] Modlimy się, jak możemy, za nasz kraj, spokojność i jedność, wszystkie komunie święte siostry za to ofiarują i modlitwy, i umartwienia, jednym słowem wszystko w ich imieniu składam Bogu na ofiarę. Nie wiemy, jaka była reakcja Ojca Honorata na te szczere zwierzenia jego penitentki, ale najwyraźniej zalecał jej ostrożność i prawdopodobnie, kierowany roztropnością, sam tę ostrożność także starał się zachować. Dowodem tego może być skromna, jak na możliwości Ojca Honorata, korespondencja do sióstr z lat 1861-1864 oraz jego duża powściągliwość w poruszaniu aktualnych wydarzeń politycznych, mimo iż w tym właśnie czasie, pełnił on posługę spowiednika w warszawskiej cytadeli. Waleczne serce Matki M. Magdaleny nie potrafiło jednak milczeć, stąd w jednym z kolejnych jej listów z 1861 r., czytamy: Ojcze mój, czyż się nie boicie, ażeby cały szereg naszych szlachetnych przodków, onych królów, pod których i sam Pan Bóg zdał się oddać nas w opiekę – królów biednej naszej Polski, nie stanął przeciwko Wam na sądzie Bożym, wyrzucając, że mogliście kraj podźwignąć, mogliście dając światło i moralność, najznaczniejszej jego cząstce, ludowi wiejskiemu, do pierwszej może nawet świetności Polskę naszą wrócić.

Nie znamy dokładnie okoliczności, które skłoniły autorkę przytoczonego powyżej tekstu do tak mocnych sformułowań, skierowanych do Ojca Dyrektora. Niemniej jednak przyznać należy, że odsłaniają one osobowość uformowaną w wybitnie narodowym duchu.

W tym współodczuwaniu z cierpiącą Ojczyzną, nie mniejszą aktywnością wykazywały się również inne felicjanki, które na przykład, podczas żałoby narodowej w 1861 r. odprawiły z karczmy w Czaplach, jak podaje Historia Zgromadzenia, około stu ludzi, którzy z muzyką i śpiewem przybyli się tam bawić na weselu: Pomodliwszy się, weszły do karczmy, ale lud rozweselony nie zauważył ich przybycia; przystąpiły wtedy Siostry do starszych gospodarzy, mówiąc głośno: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!” Na te słowa zdjęli natychmiast czapki, rozsunęli się i zaczęli się witać, a inni, nie czekając co będzie, pouciekali do domu. Powiedziały im kilka słów stosownych i zmówiwszy „Pod Twoją obronę,” wyprawiły wszystkich do domu, zostawiając karczmę pustą.

Większe jeszcze wyzwania stanęły przed felicjankami podczas walk powstańczych. Przykład tego znajdujemy, chociażby w korespondencji Matki Marii Angeli z 29 października 1863 r. do s.M. Jadwigi Śliwińskiej, odpowiedzialnej za posługę sióstr w lazaretach: Chciałabym obszerniej napisać, a czasu i myśli mi brakuje, bo i siostry już prawie na wsiadaniu i rewizja w składach, i w ogrodzie kopią żołnierze, więc łatwo pojmiesz, że pod takim wpływem pisać trudno […] rachuję na Ciebie, że siostry odwieziesz do Łukowa […] Oddaję Ci, moje drogie dziecko, te siostry pod Twój dozór. Mają nakazane, aby do Ciebie się odwoływały i radziły, bo listownie żadnych interesów ułatwiać nie można […] Siostry jadące do Łukowa mają zalecone, żeby swój obowiązek sumiennie wypełniały […] żeby nie był chory pozbawiony pomocy duchownej, którą udzielać główny jest sióstr obowiązek, od którego uchylać im się nie godzi. Niemałej potrzeba było odwagi i determinacji, aby mimo trwającej rewizji, wysyłać kolejne siostry do opieki nad rannymi w łukowskim lazarecie. Sama siostra M. Jadwiga po latach ze wzruszeniem wspominała te powstańcze przeżycia: Była to wielka sposobność do nowych ofiar i poświęcenia bez granic opuszczonym rodakom, wśród niewygód, czuwania nocnego i wielkiego ubóstwa [….]. Jadąc do szpitali [siostry] narażone były na wielkie niebezpieczeństwa w podróżach, przez spotykanie się z wojskiem, które było w ciągłym ruchu, to Rosjanie, to Polacy. Relację tę potwierdza także opis wyprawy do Miechowa pozostawiony przez siostrę M. Justynę Adamczyk, której udało się otrzymać przepustkę przejazdu: Po uzyskaniu pozwolenia od Księcia i otrzymaniu własnoręcznej jego przepustki z pieczęcią do bezpiecznego przejazdu przez pikiety, gęsto przez całą drogę porozstawianych, na wpół dzikich, pijanych kozaków puściłyśmy się w drogę we dwie, wozem fornalskim w czwórkę zaprzężonym. Czem bliżej Miechowa, tem większe ślady krwi na drodze. Pierwsza pikieta kozacka zatrzymuje nas, już z daleka spostrzegłszy wóz jadący, wysuwa się [dwóch] kozaków i galopem pędzą ku nam; szare płaszcze wiatr im rozwiewa, czapy kudłate na głowach trzęsą się, twarze czerwone, piki wyciągnięte, koń pianą pryska, wyglądali dziko, tak że sam ich widok dreszczem przejmował. Przypadli do wozu, jeden porywa lejce i krzyczy na furmana, żeby wyprzęgał, drugi nachyla się nad nami i krzyczy: gdzie i po co jedziemy? Nie wiem co by było z nami, gdyby nie nadbiegł galopem jakiś starszy, a mniej pijany kozak i po swojemu [nie] krzyknął na tamtych: „Stupaj suki syn!”, a zbliżywszy się i zobaczywszy w rękach naszych przepustkę z książęcą pieczęcią, kazał otoczyć wóz kozakami i konwojować do miasta.

Już samo pielęgnowanie rannych i umierających rodaków, strzeżonych przez rosyjskich żołnierzy, było trudne i niebezpieczne, ponieważ oddziały powstańcze usiłowały odbić „swoich”, co doprowadzało niekiedy do takich sytuacji, w których Moskale chcieli wymordować wszystkich jeńców, aby tylko nie pozwolić im uciec. Czasem jednak, chociaż były to sytuacje sporadyczne, zdarzały się wypadki takie jak właśnie w szpitalu miechowskim, gdzie dzięki zgodnemu współdziałaniu felicjanek, doktora Kamińskiego i księcia Szachowskiego, dowodzącego wojskiem rosyjskim, doszło do uwolnienia dwudziestu pięciu „buntowszczyków” i przewiezienia ich poza granicę Królestwa jako „nieuleczalne kaleki.”

Nic dziwnego, że w obliczu zbliżającej się klęski powstania w październiku 1864 r.,  felicjanki, drżały na myśl, co kozacy mogą z nimi zrobić za pomoc, którą niosły walczącym rodakom. Siostry troszczyły się wprawdzie także o rannych Moskali, jednak w stosunku do Polaków posuwały się o wiele dalej. Często bowiem ukrywały broń i dokumenty, a w razie potrzeby transportowały powstańców do granicy galicyjskiej. Miały więc prawo spodzie-wać się najgorszego. W tych chwilach grozy potrzebowały wsparcia i pocieszenia, które znajdowały u Matki Założycielki zawsze gotowej podtrzymać je na duchu: Wiem, że teraźniejsze Wasze położenie jest trudniejsze jak kiedykolwiek, że ma różne niebezpieczeństwa, ale ufam, że Pan Jezus z tego wszystkiego szczęśliwie Was wyprowadzi. Boicie się śmierci – wszak wiecie, że każda chwila jest zawsze nie nasza, że Pan Jezus powiedział: Nie wiecie dnia, ani godziny. Tym sposobem chciał nas pobudzić do ciągłego czuwania, abyśmy zawsze były gotowe. Co do Was, to jestem pewna, moje drogie dzieci, że śmierć nigdy na Was niespodziewanie nie przyjdzie, bo całe Wasze życie jest ciągłym gotowaniem się na nią. Jakże można przypuszczać, aby ktoś ciągle żyjąc dla Boga, nie w Bogu umierał? Bądźcie więc spokojne, ufajcie Panu Jezusowi, raz Jemu oddawszy się w ręce, nie kłopoczcie się. On ma o Was staranie i pewno Was jeszcze zachowa dla powiększenia Swej chwały, dla przymnożenia Wam zasługi.  

Bóg odpowiedział na tę głęboką wiarę Matki Angeli i w swojej Opatrzności miłosiernie zachował felicjanki od zniszczenia. Za ich miłość do Ojczyzny i aktywne zaangażowanie w Powstanie Styczniowe, wspierane także modlitwą, ofiarą i postem, przez te, które były daleko od pól bitewnych, przyszło im jednak zapłacić kasatą Zgromadzenia, rozproszeniem sióstr i utratą około stu pięćdziesięciu członkiń. Była to cena wliczona w koszt umiłowania dziedzictwa przodków, ale felicjanki, nazwane przez św. abpa Zygmunta Szczęsnego Felińskiego mianem najpiękniejszych kwiatów ziemi polskiej, nie mogły pozostać obojętne wobec tragicznych prób narodu, wybicia się na niepodległość. Maria Bruchnalska, w swojej książce Ciche bohaterki oddała im za to należny hołd: zakon felicjanek […] tak ściśle związał się z akcją powstańczą, że należy mu się, pomimo starszeństwa innych [na przykład szarytek] pierwszeństwo w pracy  uwzględniającej udział kobiet w powstańczej sprawie.

Trzeba pamiętać, że udział ten nie skończył się wraz z upadkiem powstania i likwidacją Zgromadzenia w Królestwie Polskim. Wiele sióstr, zanim wyemigrowało do Krakowa – gdzie felicjanki się odrodziły – na znak protestu postanowiło wbrew ukazowi carskiemu, nie zdejmować habitów, tylko nałożyć na nie świeckie  suknie. Niestety czujne oko żandarmów, zobowiązanych w sposób szczególny do śledzenia felicjanek, których każdy ruch był odnotowywany w rejestrach policyjnych, nie dawało im spokoju. Jak wynika ze sprawozdania Matki M. Anny Bielskiej, przedstawionego na Kapitule Generalnej w Krakowie w sierpniu 1868 r., siostry pozostające po kasacie na terenach Królestwa, a szczególnie w Warszawie były nękane brutalnymi napadami policji, rewizjami […], aresztowaniem za kolor sukien nie dość jasny. Policja niepokoiła również tych, którzy przyjęli je pod swój dach, bowiem jak czytamy w wymienionym wyżej sprawozdaniu: felicjanka jako przedmiot prześladowania rządu [stała się] postrachem dla wszystkich.

Doświadczenia te nie zniechęciły jednak sióstr do dalszego pielęgnowania miłości ojczystego kraju w sercach Polaków, zwłaszcza, że na terenach Galicji, pod zaborem austriackim, mogły to już robić dużo swobodniej. Wiedzione tymi samymi ideałami w roku 1874 felicjanki, z błogosławieństwem swojej Założycielki, wyruszyły za Ocean, aby pomóc rodakom na emigracji chronić wiarę i narodowość, co poświadcza bogata dokumentacja ich działalności w Stanach Zjednoczonych. Dlatego też błyskawicznie rozwijały się coraz to nowe prowincje w okolicach Detroit, Buffalo, Chicago i innych większych skupisk polonijnych. Zgromadzenie Sióstr Felicjanek cieszyło się tam tak powszechnym uznaniem i szacunkiem, że w szczytowych latach swojego rozwoju jego liczebność w Ameryce doszła do czterech tysięcy osób. Podobną posługę, choć krótkotrwałą i nie tak owocną podjęły siostry również w Bośni i Wiedniu, a pamiętać należy, że były wzywane do wielu jeszcze innych miejsc, do których dotrzeć nie mogły.

Co pewien czas przychodziły też wezwania z Warszawy, kolebki ich Zgromadzenia. Kiedy więc w 1905 r., wraz z ukazem tolerancyjnym, pojawiła się możliwość ponownego osiedlenia się w zaborze rosyjskim, podjęte zostały wszelkie starania, tak ze strony Zgromadzenia, jak i zaprzyjaźnionych z nim osób, aby do tego powrotu doprowadzić. Niestety ani najszczersze pragnienia przełożonej generalnej Matki M. Magdaleny Borowskiej, rodowi-tej Warszawianki, ani starania hrabiego Tadeusza Czackiego oraz hrabiów Sobańskich i Łubieńskich, nie pomogły. Rola jaką odegrały siostry św. Feliksa z Kantalicjo w dążeniach niepodle-głościowych, stała się na początku XX stulecia wielką przeszkodą w ich powrocie do Stolicy. Petersburg był nieugięty

Skoro więc nie wolno im było powrócić jawnie, przybyły w 1907 r. nielegalnie w ukryciu. Zamieszkały na warszawskiej Woli w dzielnicy socjalistów, nożowników i bandytów, a swe stroje zakonne schowały w kufrach. Przez najbliższe lata musiały one tam pozostać, ponieważ nawet wstawiennictwo księżnej Marii Lubomirskiej u generał-gubernatora Georgija Antonowicza Skałona, nie przyniosło żadnego skutku. Adnotacja w aktach urzędowych, że felicjanki: skazanych na śmierć rannych powstańców pielęgnowały i ułatwiały im ucieczkę, ponadto, zapis w aktach śledczych, pozostawiony przez księcia Włodzimierza Czerkaskiego, że: Stowarzyszenie Felicjanek dążyło do zmiany skromnego dzieła żeńskiej dobroczynności w oręż wpływów politycznych, zwłaszcza na niższe warstwy… – jak również wpływ, jaki siostry wywarły na unitów, którzy w czasie męczeństwa Kościoła greko-katolickiego na Podlasiu, woleli umrzeć, niż przejść na prawosławie, położyły kres wszelkim staraniom o ujawnienie się Zgromadzenia.

Dopiero przegrupowanie wojsk podczas pierwszej wojny światowej, wymarsz Rosjan 5 sierpnia 1915 r. i wkroczenie na teren Warszawy armii niemieckiej unieważniło wszelkie dekrety carskie. Krótko przed tym wydarzeniem trzy siostry z Woli pojechały do Krakowa na rekolekcje i z powodu wysadzenia mostów przez ustępujące wojsko rosyjskie, do Warszawy mogły powrócić dopiero we wrześniu 1916 r., po uruchomieniu przez Niemców linii kolejowej. Przyjechały oczywiście już w habitach, w związku z czym s.M. Aniceta Suska, miejscowa przełożona, poszła je przedstawić ks. kard. Aleksandrowi Kakowskiemu, ujawniając, że pracujące w ochronie na Woli osoby, to felicjanki i prosząc go dla wszystkich sióstr o pozwolenie włożenia strojów zakonnych. Fakt ten odbił się w Stolicy szerokim echem, zwłaszcza, że to rdzennie polskie Zgromadzenie zwykle utożsam-miano z ideałami narodowymi i wyzwoleńczymi. Stąd też jedna z uczestniczek tych wydarzeń odnotowała we wspomnieniach: Wrażenie przy ukazaniu się naszym na ulicy było nadzwyczajne… Ludzie ze łzami radości żegnali się, klękali przed nami, całowali habity nasze. Toć one jednocześnie były przedsmakiem wolności, do której dążył nasz naród.

Dwa lata później przyszła upragniona niepodległość, a na najbliższej Kapitule Generalnej Sióstr św. Feliksa z Kantalicjo, odbytej w Krakowie w 1920 r., postanowiono, że w Warszawie powstanie nowa prowincja pw. Matki Bożej Królowej Korony Polskiej, i że będzie ona wotum wdzięczności za odzyskaną przez Polskę niepodległość. Wprawdzie panujący od 1944/5 r. reżim komunistyczny zmusił do zmodyfikowania tej nazwy, ale świadomość historycznych uwarunkowań, w jakich prowincję tę powołano do życia, pozostała.

Pozostało też przekonanie, że w sercu felicjanki, po miłości do Boga, Kościoła i Zgromadzenia, miłość Ojczyzny powinna zajmować najważniejsze miejsce. Nie zmienia tego fakt zakorzenienia się felicjańskiej rodziny zakonnej w różnych miejscach świata. Zrozumiałe bowiem jest, że Amerykanka powinna kochać Amerykę, Brazylijka – Brazylię, Kenijka – Kenię, a Polka – Polskę, ponieważ jak przypomina św. Jan Paweł II w Pamięci i tożsamościpatriotyzm […] wchodzi w zakres czwartego przykazania, które zobowiązuje nas, aby czcić ojca i matkę. Jest to ten rodzaj odniesienia, który język łaciński wyraża mianem „pietas,” podkreślając wymiar religijny, jaki kryje się w szacunku i czci należnym rodzicom. […]Patriotyzm zawiera w sobie taką właśnie postawę wewnętrzną w odniesieniu do ojczyzny, która dla każdego prawdziwie jest matką.

Ziemia Założycielki powinna być jednak dla każdej duchowej córki bł. Marii Angeli Truszkowskiej tym, czy jest Ziemia Święta dla każdego chrześcijanina.

 s.M. Fidelia Janas, fel.